czwartek, 29 listopada 2018

Czas... To czego brakuje dziś wszystkim

Czasu jest mało odkąd pracuje i odkąd jest ciemno jak z tej pracy wychodzę. Ale czy napewno jest go tak mało jak nam się wydaje? Może tworzymy sobie za dużo zajęć i pracy zabierając sobie czas na odpoczynek? My dwoje, chyba tak ostatnio działamy tworząc nasz dom.

Zmęczona niemiłosiernie, ale szczęśliwa. No dobra szczęśliwa będę jak to wszystko się skończy i będę mogła w spokoju usiąść w fotelu... W mniejszym pokoju naszego mieszkania.

Przeprowadzka jest tym czego najbardziej się obawiałam i co nakręcało mnie żeby jednak szukać tego idealnego mieszkania. Żeby przeprowadzić się raz a dobrze na kilkanaście, a może kilkadziesiąt lat. Ten tydzień na pudełkach dał mi bardzo w kość, rekompensatą jest nakręcenie P mówiącego "jedzmy zajrzeć do domu". Już niedługo będziemy tam spędzać każdy dzień. Wspólnie. Cieszy mnie to i bardzo kocham.

niedziela, 21 października 2018

Samotna niedziela

Są takie dni kiedy potrzebujemy samotności, ale są też takie gdy oddalibyśmy wszystko, żeby ktoś był obok. Dzisiejszy dzień spędziłam samotnie. Osiągnięcia hmmm zrobiony żel na paznokciach, bo jutro do pracy i nowa ma przyjść więc trzeba się pokazać... I obiad ugotowany... Wczoraj ogarnęłam kuchnie i pobieżnie łazienkę, dziś pokój. Czy to duże osiągnięcie dla normalnej osoby? Nie, ale ja się czuję fatalnie więc jestem zadowolona że dałam radę.
Jutro kolejny dzień pracy. I jutro ma się okazać czy życie się okaże pozytywne. Czy marzenia się spełniają? Podjęliśmy decyzję, która napawa mnie lękiem z jednej strony, a z drugiej jest jednak małym marzeniem, choć ryzykownym. Ale kto nie ryzykuje ten nie ma. Być może jutro zacznie się układać nowe? Kto wie co przyniesie dzień?

niedziela, 16 września 2018

Może to pomoże...

Ostatnio pisałam równo rok temu. Zastanawiam się czy to jesienna chandra skłania mnie do przemyśleń i zaglądania tu w to miejsce, czy moja życie każdego roku potrzebuje podsumowań i jakiegoś rodzaju oczyszczania, postanowień zmian... Jak zwykle nie wiem.
Co mnie dziś zaprowadziło tutaj? Jak zwykle okropne samopoczucie. Powodu nadal nie znam, a może nie chce się przyznać sama przed sobą co jest powodem... Ostatnie miesiące wprowadziły w moje życie zmiany, większe i mniejsze, lepsze i gorsze, ale napewno skłaniające do przemyśleń.
Cóż może po kolei, jednak nadal staram się porządkować to wszystko, a to trudne zadanie. W ciągu tego roku kilka rzeczy zrozumiałam, kilka decyzji zostało podjętych, kilka słów wypowiedzianych za dużo. Decyzją, z którą podjęliśmy jeszcze w zeszłym roku i nadal nie znalazła rozwiązania jest zakup mieszkania. Tak, w wieku 24 lat chcemy znaleźć swoje miejsce na ziemi i kąt, w którym będziemy podejmować nasze decyzje, rozwiązywać nasze problemy i dzielić nasze radości. Cel jest ciężki do osiągnięcia, gdy ma się wizje ideału i okrojone fundusze. Kredyty nie są dobrym rozwiązaniem, a pożyczka rodzinna jest ograniczonym źródłem finansowania. Mam ciągłe wrażenie że jestem ogranicznikiem w osiągnięciu celu. Ciągle słyszę że piętro musi być niskie bo ja nie dam rady wejść, bezpieczna okolica bo ja się będę bać, spora kuchnia bo mi się marzy, i wiele innych. I tak cholernie bym chciała się wynieść z tej piwnicy, ale mam tak cholernie dość szukania mieszkania.
Druga znaczna zmiana była nieunikniona, mianowicie koniec studiów. Mam wrażenie że nie da się przygotować na zmiany etapów w życiu... Sama w sobie obrona i wcześniej pisanie pracy przysporzyło mi wielu nerwów i odbiło się na zdrowiu. Presja czasu, świadomość niewielkiej wiedzy i słabego przygotowania nie pomagają. Dodatkowym czynnikiem stresowym była presja (dziś myślę że trochę wyimaginowana) rodziny, jak to by wyglądało jakbym się nie obroniła w lipcu... A jednak się udało. Co poczułam po wszystkim? Strach, starość, brak planu.
Perspektywa powrotu do rodziców nie była zachęcająca, szukanie pracy bezowocne. Jednak, z pomocą krążących wokół dobrych dusz, udało się. Czy to wymarzone miejsce do pracy? Nie. Czy idę tam z uśmiechem? Nie. Czy chce pracować w zawodzie? Tak. Różni są ludzie i tworzą różną atmosferę pracy... Nic się na to nie poradzi. Jedni będą pracować dla pieniędzy, inni szukać spełnienia. A ja pracuję żeby się utrzymać, ale dodatkowe zmęczenie psychiczne jest mi więcej niż zbędne. Jestem wdzięczna dobrym duszom za nakierowanie mnie w kierunku tej firmy, jednak wiem że za jakiś czas będę szukać dalej.
Następne na liście problemów jest zdrowie. Reumatycznie jest znośnie, ale choroba z jaką żyje lubi być drzwiami dla różnych innych. I tym sposobem od prawie roku wymiguje się od badań u innych specjalistów. Jak długo jeszcze będę się wykręcać ze strachu przed diagnozą nie wiem. Ale jest to uciążliwe nie tylko dla mnie. Odbija się rykoszetem od moich bliskich.
A skoro już mowa o bliskich to był to ciężki rok strat... Tzw. porządków życiowych. Odsuwa się odemnie z każdym dniem więcej osób. Czy boli? oczywiście i mam świadomość że wina leży po środku a może nawet bliżej mnie. Ale nie radzę sobie ze sobą na tyle żeby szukać sił na trzymanie ludzi przy sobie. Zrozumienie jest sztuką mającą niewielu dobrych mistrzów. Ci co starają się rozumieć są cały czas obok.
Marudzę już długo to może przejdę do stabilności tego czasu? Stabilizatorem mojego życia jest wciąż P. i mam nadzieję że jest jedną z tych osób które starają się rozumieć, szczególnie że życie ze mną jest bardzo ciężkie. Sama się dziwię że jakoś to wytrzymuje, ale on ma wyjście,choć nie chcę żeby z niego korzystał... Moje uczucia wzmacniają się z każdym dniem, miesiącem, rokiem coraz bardziej. Idę na coraz więcej kompromisów. Staram się pracować nad tym co nas łączy i nad sobą samą, żeby go nie stracić. I jest bardzo bardzo ciężko, pochłania to większość mnie. Ale chcę się zatracać w tym wszystkim. Chce prać skarpetki, gotować obiadki, tulić wieczorami i martwić się. Po prostu kochać. I marudzę, i narzekam, i wymagam, ale kocham i w duchu odpuszczam sobie wiele żeby było lżej się dogadać.
Ogólnie rzeczy ujmując. Psychika siadła mi doszczętnie, a moim tlenem i napędem ON. Otuchą dobre dusze. Zabójstwem życie.